Mój kocur wygląda przez okno, a na jego pyszczku mogę dostrzec sinusoidalnie przeskakujące nostalgię i zainteresowanie. To drugie spowodowane zapewne niespodziewaną wizytą jakiejś zmarzniętej, zabłąkanej pszczoły, która na szybie próbuje ogrzać się w mizernych resztkach promieni. Na półce w trochę zbyt długim, ale równiutkim rządku stoją książki do przeczytania na najbliższe kilka tygodni. Cieplejsza niż mogłaby na to wskazywać pora roku pogoda z tą z mocno wyczuwalną wilgotnością nieodmiennie od paru lat sprawia, że w uszach dzwoni mi “Wind of Change” Scorpionsów. Wszystko to w połączeniu z kalendarzową kartką przypomina mi, że jest styczeń Nowego Roku. Tym jakże poetyckim i nieco egzaltowanym, a także jak zwykle przydługim wstępem 🙂 chciałam powiedzieć, że przyszedł czas na pierwszy w 2018 roku wpis.

Poprzedni rok był dla mnie pełen wyzwań i nowych doświadczeń. Momentami nie był łatwy, a odebrane lekcje bywały gorzkie, ale też bardzo owocne i pewne wnioski będą mi już zawsze towarzyszyć. Jedno z doświadczeń pochłonęło sporo czasu i zdecydowanie wyróżnia się na tle innych: po raz pierwszy w życiu byłam częścią zespołu formującego się od zupełnego początku: prawie sami nowi ludzie, nowy projekt, nowe zadania i wyzwania. Wcześniej byłam w wielu zespołach, ale dołączałam do nich w późniejszych fazach.

Słyszeliście kiedyś o fazach formowania się zespołu opracowanych przez Tuckman’a? Dzięki zeszłorocznemu doświadczeniu poznałam smak każdego etapu i dziś opowiem Wam, jak przechodziliśmy przez poszczególne fazy. Ale jeśli chcielibyście wiedzieć coś więcej to polecam tę publikację lub infografikę

Forming

W kwietniu ubiegłego roku pracowałam w swojej firmie niespełna półtora roku, ale nie przeszkodziło mi to poczuć się staro. Mniej więcej w tamtym czasie dołączyli do mnie developerzy, z którymi mieliśmy tworzyć zespół, tym samym została w zespole osobą z największym stażem. Każdy z nas przyszedł z innym bagażem doświadczeń, z różnym stylem pracy. Jeden był freelancerem, drugi pracował tylko w projektach kaskadowych, a jeszcze trzeci w ogóle nie pracował wcześniej w IT. Wyczuwało się pewien dystans, nie integrowaliśmy się zbytnio, rozmawialiśmy tylko w trochę zbyt ugrzeczniony sposób i niezbyt otwarcie… I tak sobie było spokojnie, zachowawczo przez kilka miesięcy. Aż w końcu ktoś uznał, że nie jesteśmy dość wydajni…

Storming

Ten moment został u nas częściowo wymuszony przez biznes i jego ciągłe eksperymenty z metodami zarządzania. Jednym zmiany odpowiadały w punkt, inni czuli się pokrzywdzeni. Kłujące od wielu tygodni problemy kolejno postanowiliśmy z siebie zacząć wyrzucać. Product Owner nigdy nie pracujący z testerami uważał że go spowalniamy, niektórzy byli niezadowoleni z technologicznego stacku, innym przeszkadzały sposoby komunikacji. A przy tym wszystkim każdy grał raczej do swojej bramki. Do tego nie najlepiej znosiliśmy współpracę z innymi zespołami, które w przeciwieństwie do nas, były już świetnie zgrane.

I pewnie byśmy się gryźli mocno, gdyby nie nasza Scrum Master. Wiadomo, tak krawiec kraje jak materiał staje, a materiał był akurat całkiem dobry 🙂 Ale to SM potrafiła znaleźć sposoby, aby zachęcić nas do rozmawiania, do szukania przyczyn naszych problemów. I nawet jeśli czasem nas to irytowało, było skuteczne. A jeśli czuliśmy się momentami sami, to w tych momentach uczyliśmy się samodzielności. I tak kroczek po kroczku zaczęliśmy dostosowywać proces i styl pracy do nas. Zostawialiśmy to, co nam odpowiadało, zmienialiśmy to, co się dało zmienić, odrzucaliśmy niepotrzebne elementy.

Norming

Jak po każdej burzy wychodzi Słońce, tak po etapie stormingu przychodzi chwila wytchnienia. Kiedy rozwiązaliśmy najbardziej palące kwestie wszyscy odczuliśmy ulgę. Każdy poczuł, że ma wpływ na proces, bo potrzeby każdego z nas zostały i są cały czas uwzględniane. Słuchamy się nawzajem. Coraz rzadziej boimy się mówić o tym, co nam nie odpowiada, a częściej mówimy o tym, co jest fajne. Usunięcie problemów pozwoliło nam skupić się na tym, co jest dobre, co odróżnia nas od innych zespół. Dostrzegamy, jak bardzo zgraliśmy się przez ten czas. Wiemy, że możemy sobie ufać i na sobie polegać. Uczmy się nawzajem, poznajemy technologie kolegów. Widzimy, że gramy do jednej bramki i wspieramy się nawzajem robiąc to, co każdy potrafi najlepiej.
A dzięki temu wszystkiemu…

Performing

… jedną nóżką jesteśmy już w tej fazie. Przyspieszenie pracy, efektywność dostrzegamy ze sprintu na sprint. Domykamy cele sprintu, bierzemy coraz ambitniejsze zadania i coraz łatwiej nam przychodzi rozprawianie się z nimi. W tym tygodniu skończyliśmy funkcjonalność, z której przebudową zmagaliśmy się od bardzo długiego czasu i zaczynaliśmy wierzyć, że jest niewykonalna. Nasz PO widzi postęp i przekłada się to również na jego współpracę z nami. Krótko mówiąc, nabieramy wiatru w żagle.
Okazuje się, że zespoły mają jednak więcej niż jedną nogę…

Adjourning

Bo ta trzecia jest już tu.

To musiało się zdarzyć. W IT zdarza się nawet całkiem często. A u nas było wymuszone przez zmiany organizacyjne. Nasza Scrum Master zmieniła rolę i opuściła nasz zespół. Pozostawiła nas jednak świetnie zorganizowanych, potrafiących zadbać o projekt i o siebie nawzajem. W naszej branży ta faza pojawić się może w każdej chwili. W powietrzu cały czas wisi pytanie: kto będzie następny?

Ustabilizowaliśmy się? W żadnym razie, w życiu nic nie jest stabilne. Na miejsce odchodzącej koleżanki przyszła nowa Scrum Master, pojawił się też nowy lider. Zapewne czekają nas kolejne stormingi, choć pewnie już nie tak intensywne. Najgorętszy czas mam za sobą, choć wciąż są rzeczy które możemy poprawiać. Staramy się eksperymentować, tak zmieniać proces i środowisko żeby każdy czuł się tak dobrze, jak to możliwe, i żebyśmy mogli być efektywni.

W moim zespole świetne jest to, że mimo drobnych złośliwości przepadamy za sobą. Są na świecie tacy, którzy wyznają zasadę, że nie musimy się lubić, musimy się szanować. Ale powiedzcie sami: potrafilibyście stworzyć coś fajnego z kimś, kogo nie trawicie? Poza tym sobie ufamy. Potrafimy rozmawiać o tym, co nam nie odpowiada, w takiej formie, jaka jest dla nas najlepsza. Dzięki temu nie musimy angażować osób trzecich w rozwiązywanie naszych problemów. Jesteśmy skuteczni, a to skuteczność jest miarą prawdy 🙂

Podobał Ci się wpis? Podziel się ze znajomymi:


Najnowsze wpisy

Teoria vs. Praktyka

Kto z Was nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy teoria jest do czegoś potrzebna, niech pierwszy rzuci we mnie „Testowaniem oprogramowania”.

CzytanQA: Trzy książki, bez których nie mogę się obejść

Książka Adama Romana pt. „Testowanie i jakość oprogramowania” jest jedną z trzech, których od długiego czasu nie odkładam nawet na półkę i do których zaglądam niemal codziennie.

Narzędzia, które ułatwiają mi (testerski) żywot

Stawiam, że każdy z Nas zna kilka takich aplikacji, które choć do testów czy programowania nie są zbyt potrzebne, to ułatwiają nam życie i które są jednymi z pierwszych instalowanych na świeżym systemie.