Chciałam dzisiaj zrecenzować dla Was „Fakap”, ale po południu wybrałam się pobiegać i… zmieniłam zdanie*. Dzisiejszy wpis będzie trochę o testowaniu, trochę o życiu. A moment, w którym podjęłam decyzję – czyli dokładnie gdzieś między pierwszym a drugim kilometrem mojego treningu – o zmianie tematu jest nieprzypadkowy.

Dla moich znajomych nie jest tajemnicą, że w wolnym czasie biegam, a wprawny obserwator nie znający mnie osobiście również może łatwo dotrzeć do informacji o moim hobby, wszak na każdym niemal profilu społecznościowym chwalę się tym jak kura która zniosła jajko. Bieganie pozwala mi nie tylko trzymać formę, ale często podczas treningów rozwiązuję wiele problemów, zarówno tych życiowych, jak i bardziej prozaicznych, np. niedziałające testy na Jenkinsie. Nawet na pomysł prowadzenia tego bloga wpadłam biegając. Ponad miesiąc temu przebiegłam maraton, co jeszcze bardziej napędziło mnie do działania. Kiedy nie wiem, jak napisać jakąś funkcję albo nie potrafię znaleźć programu do danego rodzaju testów powtarzam sobie: „dziewczyno, przebiegłaś ponad 42 kilometry, a z tym sobie nie możesz poradzić?”

Do regularnych treningów motywują mnie między innymi liczne „filmiki na jutjubie”. Ale dzisiaj, robiąc 9-cio kilometrowy trening w deszczu, wietrze i prawie całkowitej ciemności, zdałam sobie sprawę, że prawdy zawarte w tych motywacyjnych reklamach są bardziej uniwersalne, niż mi się wcześniej zdawało.

W tym nie ma żadnej magii

Też tak macie, że kiedy rozmawiacie ze znajomym testerem albo programistą który jest wyjątkowo dobry w tym co robi postrzegacie go trochę jak boga, a gdy na niego patrzycie wydaje Wam się, że spowija go delikatna poświata świetności? Gwarantuję Wam, że na pewno jest ktoś, kto również Was tak postrzega. I pewnie już wiecie do czego zmierzam. Kiedy nie znałam jeszcze Selenium czy Pythona wydawało mi się, że trzeba mieć do tego jakieś straszne super moce i w ogóle jak się nie urodziłam cudownym dzieckiem, to na bank tego nie ogarnę. A potem praca wymusiła na mnie, by zacząć się tego uczyć. I nauczyłam się. I dalej się uczę. Ale podczas tej nauki nie było żadnych chórów anielskich, nie czułam jak spływa na mnie łaska oświecenia. Nie czułam nawet, że się uczę. Po prostu – pewnego dnia napisałam swój pierwszy test. A potem następny i następny. Było to trudne, wymagało czasu i poświęcenia. Ale z pewnością nie było magii.

Najważniejsze to mieć konkretny cel

Kiedy ktoś mówi „chcę być testerem” to mam ochotę zapytać: „a kiedy to będzie?”. W testowaniu jak w bieganiu: najlepiej małymi kroczkami. O wiele lepiej brzmi stwierdzenie „chcę mieć wiedzę z testów na poziomie ISTQB” albo „chcę znać Selenium na tyle, żeby zautomatyzować testy dla prostej aplikacji webowej”. Bo wtedy łatwiej dobrać sobie odpowiedni „plan treningowy”. Bo bez celu nie możemy sobie podnosić poprzeczki – w końcu robiąc podstawowy test z samego samouczka też możemy już nazywać się testerami. Możemy? 🙂

Zawsze jest co odkrywać

Kiedy zaczynałam dwa lata temu biegać moim marzeniem było zrobić 5 km. Jak już je zrobiłam, to zapisałam się na zawody – 10 km. Gdy miałam już na szyi medal podjęłam decyzję, że następny musi być półmaraton. I choć w czasie, gdy go biegłam klęłam na cały świat, żałowałam, że nie wybrałam szachów i zarzekałam się, że już nigdy więcej nie pobiegną, to na mecie pierwsze co myślałam to: „Ok. To kiedy maraton?”** Po przebiegnięciu maratonu na szczęście nie chcę już biegać dłuższych dystansów, za to chce je robić w lepszym czasie. Tak samo jest w testowaniu i programowaniu. Zawsze jest coś, co można zrobić lepiej, wydajniej, z większą pompą albo po prostu przyjemniej. Nowe narzędzie, inny język, nieużywana dotychczas biblioteka. A może tworzenie metryk?

Nie wystarczy chcieć

Jest takie powiedzenie: wystarczy chcieć. Nigdy się pod tym nie podpiszę i nikomu tego nie powiem. Bo wcale to nie wystarczy. Owszem, chcąc możemy przebiec w jakimś tam czasie 100 metrów i możemy zrobić prosty test strony Googla ale… czy możemy się nazywać wtedy biegaczami i odpowiednio testerami? A z drugiej strony nikt z marszu nie przebiegnie maratonu i nikt bez nauki nie stworzy wypasionych testów automatycznych. To wymaga czasu, nauki, treningu, poświęcenia. Dlatego jeśli naprawdę chcesz być testerem pamiętaj… nie wystarczy chcieć.

* recenzja „Fakapu” i tak się pojawi. W swoim czasie 🙂

** aby dodać nieco dramaturgii nagięłam trochę fakty. Tak naprawdę po przebiegnięciu półmaratonu, na mecie, nienawidziłam całego świata, chciałam zamordować wszystkich biegaczy z moim mężem na czele (to dzięki niemu biegam). Dopiero w następnych dniach, kiedy emocje już opadły, a z mięśni zszedł ból, stwierdziłam, że wcale nie było tak źle i pomyślałam, że mogłabym zrobić dwókrotnie dłuższy dystans.

Podobał Ci się wpis? Podziel się ze znajomymi:


Najnowsze wpisy

Teoria vs. Praktyka

Kto z Was nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy teoria jest do czegoś potrzebna, niech pierwszy rzuci we mnie „Testowaniem oprogramowania”.

CzytanQA: Trzy książki, bez których nie mogę się obejść

Książka Adama Romana pt. „Testowanie i jakość oprogramowania” jest jedną z trzech, których od długiego czasu nie odkładam nawet na półkę i do których zaglądam niemal codziennie.

Narzędzia, które ułatwiają mi (testerski) żywot

Stawiam, że każdy z Nas zna kilka takich aplikacji, które choć do testów czy programowania nie są zbyt potrzebne, to ułatwiają nam życie i które są jednymi z pierwszych instalowanych na świeżym systemie.