Literatura faktu to zdecydowanie mój ulubiony gatunek i wie o tym większość moich znajomych. Dlatego nic dziwnego, że wśród moich tegorocznych prezentów urodzinowych znalazł się „Fakap, czyli moja przygoda z korpoświatem” – tylko pozornie humorystyczny reportaż Dana Lyonsa, 50-latka po nagłym zwolnieniu z Newsweeka zmuszonego do podjęcia pracy w Start-upie*.

Autorowi nowa praca nie podoba się już od samego początku i specjalnie się z tym nie kryje. Mając 50 lat jest dwukrotnie starszy od większości pracowników HubSpota, co poniekąd może tłumaczyć jego dyskomfort i sceptyczne podejście. Niemniej niechęć zdaje się przesłaniać mu dziennikarski obiektywizm, ponieważ poza opisem jego korpo-przygody znajdziemy w książce mnóstwo niespójnych logicznie wniosków. Przyczyn dobrych opinii byłych pracowników start-upu 50-latek upatruje w praniu mózgu, a zatrudnianie młodych według niego wynika tylko i wyłącznie z chęci obniżenia kosztów. Sam fakt, że Daniel nie potrafi wskazać chociażby jednego pozytywnego aspektu swojej pracy pozostawia wrażenie, że gdzieś po drodze stracił swoją dziennikarską rzetelność, ale czepialstwo i złośliwość pozostały. Z drugiej strony, taka perspektywa jest interesująca i odkrywcza. Komuś w moim wieku pozwala spojrzeć na świat IT z nieco innego punktu widzenia. Może rozgoryczonego i momentami nieco przesiąkniętego jadem, ale jednak innego. Lyons pokazuje, że problem „szklanej architektury” firm jest bardzo trudny do udowodnienia, a dotyczyć może nie tylko kobiet czy ludzi o innym kolorze skóry, ale również osób starszych.

W mniej osobistych rozdziałach Lyons opisuje finansową stronę działania Start-upów – skąd biorą pieniądze na rozwój, dlaczego nie przynoszą dochodów i co dzieje się z już zarobionymi pieniędzmi. Czytając te fragmenty czułam się jak podczas oglądania „The Big Short” (który bardzo polecam) – trudno oprzeć się wrażeniu, że cały układ założyciele – inwestorzy – pracownicy jest ustawiony, a ostatnie ogniwo z założenia najsłabsze i przegrane. Poza tym gdzieś między wierszami istniał – a przynajmniej takie miałam wrażenie – ukryty smutny przekaz, że nie o technologie tak naprawdę tu chodzi, że te powstają tylko przypadkiem, a to co się liczy najbardziej, to szybki i duży zysk ze sprzedaży akcji.

Dodatkowo możemy poznać wiele schorzeń, które doskwierają firmom z krótką historią i młodą kadrą. Przykładem może być efekt płotki, w którym niekompetentne osoby, kierowane podświadomym strachem przed lepszymi pracownikami, zatrudniają jeszcze mniej kompetentnych pracowników, tym samym ciągle pogarszając „jakość zasobów”. Same tym samym sztucznie podnoszą swoją wartość dla firmy. Straszne, prawda?

Całość okraszona jest zabawnymi anegdotami, które choć smutne w przekazie, sprawiają że książka wciąga jak chodzenie po bagnach i czyta się ją jednym tchem. Dlatego polecam Wam tą książkę jako rozrywkę pozwalającą uzyskać inny punkt widzenia. Tylko pamiętajcie – z przymkniętym okiem!

*tytuł był dla mnie nieco mylący, głównie dlatego, że korpo i start-up w polskim wydaniu stoją dla mnie po przeciwnej stronie barykady

Podobał Ci się wpis? Podziel się ze znajomymi:


Najnowsze wpisy

Teoria vs. Praktyka

Kto z Was nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy teoria jest do czegoś potrzebna, niech pierwszy rzuci we mnie „Testowaniem oprogramowania”.

CzytanQA: Trzy książki, bez których nie mogę się obejść

Książka Adama Romana pt. „Testowanie i jakość oprogramowania” jest jedną z trzech, których od długiego czasu nie odkładam nawet na półkę i do których zaglądam niemal codziennie.

Narzędzia, które ułatwiają mi (testerski) żywot

Stawiam, że każdy z Nas zna kilka takich aplikacji, które choć do testów czy programowania nie są zbyt potrzebne, to ułatwiają nam życie i które są jednymi z pierwszych instalowanych na świeżym systemie.